Nie tylko ogień spada z nieba

Za­grzmia­ło gdzieś na wscho­dzie. Burza jest jesz­cze da­le­ko, mam czas. W tej chwi­li in­te­re­su­je mnie inny dźwięk. Jest coraz bliżej. Słyszę go wyraźnie i zaraz powinien wejść w pole widzenia.

– No dalej, chodź do mnie. – Wyj­mu­ję strza­łę i opie­ram ją na cię­ci­wie. Nie na­cią­gam jesz­cze, jest za wcze­śnie. Jeśli zbyt długo będę trzy­mał na­pię­ty łuk, ręce szyb­ko opad­ną z sił. Cze­kam.

Mija chwi­la i zza ruin wschod­niej basz­ty wy­strze­li­wu­je ciem­ny kształt. Wy­da­je cha­rak­te­ry­stycz­ne, kle­ko­czą­ce od­gło­sy. Każdy, kto sły­szał ten dźwięk i prze­żył, nigdy nie po­my­li go z ni­czym innym.

– Mam cię. – Na­pi­nam łuk i wy­pusz­czam strza­łę. Tra­fio­ny! Grot prze­bił cienkie po­szy­cie. Zaraz… To ustroj­stwo wciąż leci! – No dalej, spad­nij! Spad­nij!

Przez chwi­lę mam wra­że­nie, że nic się nie dzie­je. Może jed­nak spu­dło­wa­łem? Ma­szy­na po­dą­ża wciąż tym samym kur­sem.

Pod­ry­wam już rękę do koł­cza­nu, gdy nagle Po­piel­nik wpada w kor­ko­ciąg. Kle­ko­czą­ce dźwię­ki stają się nie­re­gu­lar­ne, ury­wa­ne. Wy­bie­gam z kry­jów­ki i pa­trzę, jak pi­ku­je. Ude­rza w osmo­lo­ne po­zo­sta­ło­ści po staj­niach.

Ru­szam za­do­wo­lo­ny w stro­nę miej­sca, gdzie spadł. Część nad­pa­lo­nych kro­kwi zła­ma­ła się i przy­gnio­tła wrak. Muszę je od­rzu­cić, zanim się do niego do­bio­rę. Wy­cią­gam ostroż­nie jedną po dru­giej tak, żeby resz­ta chy­bo­tli­wej kon­struk­cji nie spa­dła mi na głowę.

 Grzmi coraz bli­żej, ale wciąż mam czas. Zresztą, odrobina deszczu nikomu jeszcze nie zaszkodziła. Zaj­mu­je to chwi­lę, zanim udaje mi się odsłonić bok ma­szy­ny.

– Coś tu jest nie tak… – Opie­ram się stopą o wy­sta­ją­cą deskę, żeby przyj­rzeć się dziobowej czę­ści kadłuba. Oglądam ją przez chwilę, gdy nagle dociera do mnie. – On nie ma dmu­cha­wy!

Wszyst­kie Po­piel­ni­ki, jakie do tej pory wi­dzia­łem, miały na dzio­bie me­ta­lo­wą dmu­cha­wę, przez którą mogły pluć ogniem. Ten ma gład­ki ka­dłub i żad­nych rur po bo­kach. Widzę tylko mały otwór o po­szar­pa­nych kra­wę­dziach, który zro­bi­ła moja strza­ła.

Przy­trzy­mu­ję się jed­ne­go ze skrzy­deł i wcho­dzę na roz­bi­tą ma­szy­nę. Zbior­nik ogni­ste­go płynu po­wi­nien być w środ­ko­wej czę­ści. Oczy­wi­ście, gdyby to był zwy­kły Po­piel­nik. Po­kry­wa zbior­ni­ka jest na szczę­ście tam, gdzie po­win­na.

– Nie za­wiedź mnie, prze­klę­ty ru­pie­ciu. – Się­gam po nóż i pró­bu­ję nim pod­wa­żyć wykonaną z dziwnego tworzywa osło­nę. Chwi­la zma­gań i po­kry­wa wy­ska­ku­je ze swo­je­go miej­sca. Co u licha?

Gnom­ka. W miej­scu zbior­ni­ka z ogni­stym pły­nem za­mon­to­wa­ne jest dziw­ne sie­dzi­sko, a na nim widzę naj­praw­dziw­szą gnom­kę. Nie może być mowy o po­mył­ce. Nikt inny nie mógł­by być tak drob­nej po­stu­ry. Nie rusza się, ale widzę, że oddycha. Po jej czole spły­wa krew, a z nogi ster­czy uła­ma­na strza­ła.

– Gnom­ka… – Czuję falę gnie­wu, która wzbie­ra we mnie szyb­ko i wy­peł­nia całe wnę­trze.

Pojawienie się jej rasy przewróciło znany mi świat do góry nogami i zmieniło życie mojego ludu w piekło. Miasta, wsie i pola strawił ogień z nieba, a ci co przeżyli pożogę, od tamtej pory muszą się ukrywać. 

 Gnom­ka… – Powtarzam to słowo w myślach jak mantrę. Ostrze mojego noża jest już przy jej chu­dej szyi. Nie wiem nawet, kiedy je tam przy­sta­wi­łem. Tak nie­wie­le bra­ku­je, wy­star­czy drob­ny ruch ręki…

Znowu ude­rza grom. Tym razem znacz­nie bli­żej. Dziw­ne, bo na nie­bie nie widać bły­sków. Czyż­by? Nie, to nie­moż­li­we! Wy­bie­gam przed zglisz­cza i spo­glą­dam w niebo. Ogrom­ny, szary kształt po­wo­li wy­nu­rza się z chmur. Har­da­tiań­ski sta­tek po­wietrz­ny.

Nigdy nie zapomnę jego masywnej, podłużnej sylwetki przecinającej niebo. Gdy kilka lat temu na jego pokładzie przybyły gnomy, wyglądał niemal identycznie. Imperium Hardat dodało na burcie  swoje godło znacznie później, już po zawarciu sojuszu z tymi przeklętymi karłami. Statek zbliża się coraz szybciej. Mam nie­wie­le czasu.

Podrywam się i  za­czy­nam biec w stro­nę ruin wschod­niej basz­ty. Ukry­ta w pod­ło­dze klapa unosi się z ła­two­ścią. Wrzu­cam łuk i koł­czan do ciem­ne­go otwo­ru. Powietrzna bestia jest już blisko i zniża wy­raź­nie pułap. Muszę się śpie­szyć. Zniknąć, zanim mnie zauważą. Dla­cze­go jesz­cze nie wska­ku­ję? Czemu się waham?

Zamykam nad głową klapę niemal w ostatniej chwili. Pod­ło­że drży pod sto­pa­mi, gdy sta­tek po­wietrz­ny zrzu­ca ko­lej­ne bomby. Ze szcze­lin na su­fi­cie sypie się pył, który po­kry­wa włosy sza­rym na­lo­tem. Mimo gru­bej war­stwy ziemi ogra­dza­ją­cej mnie od po­wierzch­ni, do­sko­na­le sły­szę stłu­mio­ne dźwię­ki ko­lej­nych eks­plo­zji, ob­ra­ca­ją­cych w ni­cość ruiny i tak znisz­czo­ne­go już grodu.

Gnom­ka jest dwu­krot­nie mniej­sza ode mnie, ale prze­nie­sie­nie jej przez wąski tunel spra­wia nie lada kło­pot. By­ło­by ła­twiej, gdyby była przy­tom­na. Lub mar­twa.

Drga­nia ma­le­ją stop­nio­wo. Sta­tek po­wietrz­ny od­da­la się coraz bar­dziej. Kiedy do­cie­ram do wspól­nej sali nie sły­chać już wy­bu­chów. Je­stem tak zmę­czo­ny, że muszę oprzeć się o ścia­nę.

– Arjuk! – Sły­szę wo­ła­ją­ce­go mnie Waf­ni­ra. Pod­bie­ga do mnie i chwy­ta dło­nią za ramię. –  Co tam się dzie­je?

– Har­da­tiań­ski okręt – tłu­ma­czę, otrze­pu­jąc kurz z wło­sów i ubra­nia. – Przy­był ze wscho­du. Zdą­ży­łem uciec tuż przed tym, jak za­czął zrzu­cać bomby.

– Sta­tek po­wietrz­ny? Tutaj? – Waf­nir wy­da­je się bar­dziej za­cie­ka­wio­ny, niż wy­stra­szo­ny.

Pod­czas wojny wi­dzia­łem, jak ten po­tęż­nie zbu­do­wa­ny mąż jed­nym cię­ciem mie­cza prze­ciął w pół har­da­tiań­skie­go si­pa­ha razem z wierz­chow­cem. To było jednak dawno, kiedy bitwy toczyło się stojąc naprzeciw wrogów i patrząc im w oczy. Zanim zdobyli statek i nastał czas ognia. Dziś, cho­ciaż twarz starego wojownika po­kry­ły już zmarszcz­ki, wciąż czuję tę dawną siłę, gdy ści­ska coraz moc­niej moje ramię.

– Urwiesz mi rękę, Waf­nir.

– Wy­bacz, przy­ja­cie­lu. Co on tu może robić? Od dawna nie prze­la­ty­wał w tej oko­li­cy.

– To nie ko­niec wie­ści. – Wska­zu­ję brodą na wylot ko­ry­ta­rza. – Zo­bacz, co spa­dło z nieba.

– Bo­go­wie… – Waf­nir od­wra­ca nie­przy­tom­ną gnom­kę na plecy i przy­glą­da się jej twa­rzy. – Czy ja do­brze widzę?

– Była w Po­piel­ni­ku, który udało mi się ze­strze­lić.

– W Po­piel­ni­ku? – Oczy Waf­ni­ra roz­sze­rza­ją się ze zdu­mie­nia.

– Sie­dzia­ła w schow­ku na ogni­sty płyn. Kiedy zo­ba­czy­łem nad­la­tu­ją­cy okręt, po­my­śla­łem… Wła­ści­wie nie wiem, co po­my­śla­łem. Po­wi­nie­nem był po­de­rżnąć jej gar­dło!

– Nie! – Waf­nir wsta­je i kła­dzie mi dło­nie na ra­mio­nach. – Do­brze zro­bi­łeś. Ona może się nam przy­dać.

– Przy­dać do czego? – Par­skam śmie­chem, w któ­rym wię­cej jest gnie­wu niż ra­do­ści. – To przez nią cho­wa­my się pod zie­mią, a nasze mia­sta spło­nę­ły! Przez nią i jej po­dob­nych!

– Ci­szej! – Waf­nir pró­bu­je mnie uspo­ko­ić, ale mój wy­buch zdą­żył już przy­cią­gnąć uwagę ze­bra­nych w sali ludzi. Słyszę pomruki odbijające się od ścian i skierowane w naszą stronę zaciekawione spojrzenia. – Zabierzmy ją stąd. Zo­ba­czy­my, co powie, gdy się obu­dzi. Zwiąż ją mocno.

Biorę leżący przy ścianie kawałek sznura i zaczynam pętać ręce i nogi więźnia, a w tym samym czasie Wafnir uspokaja kilku młodzików, którzy na widok gnomki sięgnęli po miecze. Nie dziwię się im.

Kiedy opuszczamy salę, wokół nas zbiera się coraz większy tłum. Atmosfera robi się tak napięta, że można by ją ciąć nożem. Chwytam za pęta i przerzucam nieprzytomną gnomkę przez ramię. Idę przed siebie, nie zważając na zagradzające mi drogę, wykrzywione gniewem twarze. Wafnir cieszy się tu szacunkiem i nikt nie podważy jego decyzji. Jedyne co mogą, to kląć za naszymi plecami. Nie winię ich.

Z ciemnego korytarza wychodzimy do niedużej salki, w której nad ogniem opieka się kawałek zająca. Dopiero, gdy siadam zaczyna  uchodzić ze mnie napięcie. Nie pierw­szy raz udaje mi się unik­nąć śmier­ci, ale ogar­nia mnie wtedy to dziw­ne uczu­cie. Każdy kęs mięsa wy­da­je się wtedy smacz­niej­szy, a woda mniej mętna niż zwy­kle. Cie­pło lampy grze­je przy­jem­nie. Suche ubra­nie na grzbie­cie jest rów­nie dobre, jak kró­lew­skie szaty.

Gnom­ka co jakiś czas wier­ci się nie­spo­koj­nie i coś mam­ro­cze. W pierw­szej chwi­li nie za­uwa­żam, że od­zy­sku­je przy­tom­ność. Do­pie­ro na dźwięk jej głosu chwy­tam gwał­tow­nie za miecz.

– Gdzie… Gdzie je­stem? – mówi bar­dzo cicho. To szok i osła­bie­nie. Stra­ci­ła tro­chę krwi.

– Je­steś bez­piecz­na. Przy­naj­mniej na razie. – Kładę broń na ko­la­nach, ale nie wy­pusz­czam jej z dłoni. – Leż spo­koj­nie i nie pró­buj się uwol­nić, gnom­ko.

– Czemu je­stem zwią­za­na? Co się stało? – Za­czy­na szar­pać się w pa­ni­ce.

– Leż spo­koj­nie! Bo ci przy­ło­żę, jeśli będę mu­siał.

Spojrzała na mnie i nagle prze­sta­ła się wier­cić. Nie wiem, czy to przez wład­czy ton mo­je­go głosu, czy widok uniesionej klin­gi w mojej dłoni.

– Spa­dłaś. Wy­cią­gną­łem cię z wraku, zanim zrzuciliście bomby.

– Ta strza­ła, która prze­bi­ła mi nogę… To byłeś ty!

– Masz szczę­ście, że nie prze­bi­ła ci głowy! Milcz, bo poderżnę ci gardło!

– Przez cie­bie się roz­bi­łam!

– Dosyć! – Przysuwam sztych miecza do jej gardła i czuję, jak w moich żyłach buzuje krew. Gnomka zamilkła i patrzy na mnie przerażona, nieruchoma niczym posąg. Może, jeśli ją zabiję, cały ten koszmar się skończy? Może to jedno pchnięcie uratuje nas wszystkich?

– Co to za ha­ła­sy? – Przy­gar­bio­ny Waf­nir wy­nu­rza się z ko­ry­ta­rza. – Po tych wrza­skach wnio­sku­ję, że nasz je­niec od­zy­skał nie tylko przy­tom­ność. Czer­wo­ne po­licz­ki, na­pię­te sznu­ry… Szyb­ko wró­cił ci wigor, mała gnom­ko.

Nic nie mówi, ale w jego spojrzeniu widzę wszystko. Niechętnie, ale opuszczam miecz.

– Wy­pu­ście mnie! Nic nie ro­zu­mie­cie! – Gnomka szarpie się znowu.

– Wła­śnie po to tu je­ste­śmy. – Waf­nir roz­sia­da się na pod­ło­dze obok mnie. – Żeby zro­zu­mieć. Kim je­steś? Co ro­bi­łaś w Po­piel­ni­ku?

Gnom­ka przy­glą­da nam się przez chwi­lę, jakby sta­ra­ła się ocenić swoje położenie.

– Mam na imię Es­te­ra. Ucie­kłam z po­kła­du ste­row­ca, krad­nąc jeden z la­ta­czy. Chcia­łam do­trzeć na za­chód, za Dy­mią­ce Góry. Wró­cić do swo­ich…

– Wol­niej. – Waf­nir mówi do niej spo­koj­nie, jak do dziec­ka. Tylko, że ona nie jest dziec­kiem. Gnomy po­mo­gły har­dat­czy­kom znisz­czyć nasz kraj. Zbu­do­wa­ły ten prze­klę­ty sta­tek po­wietrz­ny i Po­piel­ni­ki! Ob­ró­ci­ły w po­piół całe mia­sta i ich miesz­kań­ców!

– Arjuk? – Głos starego wojownika cuci mnie, wy­ry­wa z amoku. – Usiądź obok i odłóż broń.

Oboje pa­trzą na mnie. Gnom­ka jest prze­ra­żo­na. Dociera do mnie, że stoję z mieczem w dłoni. Odrzucam go na bok i sia­dam. Potrzebuję odpoczynku.

– Ste­ro­wiec… Masz na myśli har­da­tiań­ski sta­tek po­wietrz­ny? – pyta Waf­nir.

– On nie na­le­ży do nich! Ukra­dli go nam! Zbu­do­wa­li­śmy ten okręt, żeby móc le­piej po­znać świat. Przemierzyliśmy na jego pokładzie Dymiące Góry i wtedy napotkaliśmy wasze cywilizacje. Har­dat­czy­cy oszu­ka­li nas i wzię­li w nie­wo­lę. Zmu­si­li, że­by­śmy prze­ro­bi­li nasz statek na broń, a potem za­bi­li więk­szość za­ło­gi. Zo­sta­wi­li tylko kil­ko­ro spo­śród nas, bo sami nie po­tra­fią go na­pra­wiać i kon­ser­wo­wać.

– Czemu ucie­kłaś? Czemu zo­sta­wi­łaś tam swo­ich?

– Ni­ko­go nie zo­sta­wi­łam. Je­stem ostat­nia. Pozostali postawili się, odmówili. I za to zginęli. Co mia­łam do stra­ce­nia? Od ty­go­dni prze­ra­bia­łam po­ta­jem­nie jeden z la­ta­czy. Cze­ka­łam na oka­zję, żeby uciec…

– Daruj sobie łzawe historie! – Za­ci­skam pię­ści tak mocno, że nawet przez rę­ka­wi­ce czuję, jak wbi­ja­ją mi się pa­znok­cie. – Wiesz ilu ludzi za­bi­ły te wasze la­ta­cze? Ko­bie­ty i dzie­ci za­mie­nia­ły się w słupy ognia na moich oczach! Budzę się w nocy, sły­sząc w gło­wie ich krzy­ki!

– Przy­kro mi…

– To nie wy­star­czy!

– Arjuk! To nie zwró­ci im życia! – Waf­nir uspo­ka­ja mnie po raz ko­lej­ny. – Oni ode­szli. Mar­tw­my się o tych, któ­rzy zo­sta­li.

Przy­ta­ku­ję. Mam już dość tego prze­słu­cha­nia. Je­stem zmę­czo­ny.

– Mó­wi­łaś, że chcia­łaś uciec do swo­ich? Czy gnomy mo­gły­by nam pomóc? Może dać nam drugi sta­tek, któ­rym po­ko­na­li­by­śmy har­dat­czy­ków?

– Nie. – Gnom­ka spusz­cza wzrok. – Nie ma wię­cej ste­row­ców i po tym, co się stało, nigdy już nie powstanie kolejny.

– Da­li­ście la­ta­ją­cą broń na­szym wro­gom. Ma­szy­nę, dzię­ki któ­rej za­mor­do­wa­li ty­sią­ce, a teraz po pro­stu umy­je­cie ręce?

– Mogę tylko po­wie­dzieć jesz­cze raz, że jest mi przy­kro…

– Przy­kro ci? – Wafnir nie wytrzymuje i chwyta ją za gar­dło. – Daj mi choć jeden powód, żebym nie zgniótł cię tu i teraz, jak przej­rza­ły owoc!

– Puść… Błagam…

– To nie ma sensu, Wafnir. – Chwytam go za ramię. – Oni też chcą ją zabić. Sta­tek przy­le­ciał tu za nią. Zrzu­cił bomby, gdy się roz­bi­ła. I zaczynam rozumieć już czemu.

– Chcie­li mieć pew­ność, że zgi­nę­ła. – Wojownik roz­luź­nia uścisk i cofa po­wo­li dłonie. – I że nie wpadnie w nasze ręce. Jeszcze chwile temu sam chciałeś wypruć jej serce, Arjuk.

– Tak, ale w ten sposób nie osiągniemy nic, poza zaspokojeniem zemsty. W dodatku wyświadczymy im tylko przysługę. Musi być jakiś sposób, żeby ją wykorzystać.

– Mój latacz… – Gnomka krztusi się i łapczywie chwyta w płuca powietrze. – Jeśli coś z niego zostało, będę mogła wam pomóc…

Spoglądamy na nią obaj. Wafnir bez słowa sięga po wetknięty za pasem nóż.

– Oby, mała gnomko. – Rozcina krępujący ją sznur. – Każdy w tych podziemiach chce twojej śmierci. Jeśli nam nie pomożesz, nie będę ich powstrzymywał.

– Chodź ze mną. –  Czekam, aż podniesie się na nogi. Biorę swój miecz i wy­pro­wa­dzam ją na wąski ko­ry­tarz. Idzie powoli, bo przez ranę po strzale mocno utyka.

Po chwi­li do­cie­ra­my do więk­szej ko­mo­ry. Pod ścia­na­mi leżą sien­ni­ki, na któ­rych tło­czą się brud­ni, mi­zer­nie wy­glą­da­ją­cy lu­dzie. Matki tulą dzie­ci na widok obcej, jakby chcia­ły uchro­nić swoje pociechy od złego, a mężczyźni patrzą z nienawiścią. Gnom­ka za­trzy­mu­je się nagle.

– Tędy! Ruszaj się! – Po­ga­niam ją, ale Es­te­ra nie może od­wró­cić wzro­ku od wy­nędz­nia­łych twa­rzy. W końcu ocie­ra nos rę­ka­wem i rusza. Noga musi boleć ją potwornie, ale nie uskarża się ani słowem.

Właz jest czymś przy­wa­lo­ny. Mo­cu­ję się z nim, aż w końcu ustę­pu­je. Wy­cho­dzi­my z otwo­ru i na­szym oczom uka­zu­je się kra­jo­braz po bom­bar­do­wa­niu. Zie­mia po­roz­ry­wa­na jest le­ja­mi. Ruiny kasz­te­lu to teraz je­dy­nie kupa gruzu, wokół któ­rej wa­la­ją się ka­mien­ne bloki. Ostat­ni frag­ment za­chod­nie­go muru upadł i roz­le­ciał się na ka­wał­ki, razem z przy­le­ga­ją­cy­mi do niego staj­nia­mi.

– Mój la­tacz! – Es­te­ra za­czy­na kuśtykać nie­zdar­nie do miej­sca, w któ­rym się roz­bi­ła. Frag­ment ka­dłu­ba Po­piel­ni­ka wy­sta­je spo­mię­dzy sza­rych ka­mie­ni i po­czer­nia­łych belek. – Po­patrz! Wy­bu­chy nie uszko­dzi­ły go bar­dzo!

– Wygląda, jak kupa złomu – odpowiadam ze złością. – Jeżeli myślisz, że mnie nabierzesz i zdołasz uciec…

– Nie! Potrafię go naprawić! Potrzebuję tylko trochę czasu i rąk do pomocy.

Wybucham nagle niekontrolowanym śmiechem. Stoję w ruinach własnego grodu, na spalonej, zaoranej wybuchami ziemi, a odpowiedzialna za to osoba prosi, żebym jej pomógł.

– Prędzej zdechnę, niż choćby ruszę palcem, żeby ci pomóc!

– Jeśli mi nie pomożesz, umrzesz na pewno.

Klinga miecza zgrzyta złowrogo, gdy wyszarpuję ją z pochwy. Gnomka cofa się przerażona, ale wpada plecami na kamienie.

– Prędzej czy później zginiecie, jeśli nic nie zrobicie! Nie możecie ukrywać się przez cały czas. Mogę wam pomóc!

Ogarnięty złością unoszę miecz i rąbie nim w wystającą, nadpaloną belkę. Ona ma racje, wiem o tym. I to doprowadza mnie do wściekłości.

Po kilku dniach latacz wygląda już o wiele lepiej, ale nie przyznam tego głośno. Wafnir i kilku zwiadowców cały czas pilnują pracującej gnomki. Gdyby spróbowała uciec, natychmiast dostałaby strzałą między łopatki. Jej noga goi się ładnie, ale wciąż lekko utyka.

– Nie sądzę, żeby zdo­łał odbić się od ziemi. – Trą­cam stopą odła­ma­ny frag­ment po­szy­cia, żeby pod­kre­ślić swoje słowa. – Zmar­no­wa­li­śmy tylko czas.

– Taki z cie­bie znaw­ca? – Es­te­ra wy­su­wa głowę spod ka­dłu­ba. – Podaj mi le­piej klucz osiem­nast­kę. Nie to! Osiem­nast­ka jest więk­sza! Po­ka­zy­wa­łam ci!

– Eh… – Prze­trzą­sam jej rze­czy i znaj­du­ję wresz­cie wła­ści­we narzędzie. – One wszyst­kie wy­glą­da­ją tak samo!

– Nie są takie same.

– Ten Po­piel­nik to szmelc. Po­patrz na niego. Bomba urwa­ła mu dwa skrzy­dła.

– Śmi­gła. To są śmi­gła.

– Na­praw­dę są­dzisz, że uda ci się go na­pra­wić?

– Sil­nik i me­cha­ni­ka są spraw­ne. Spa­dłam, bo z prze­strze­lo­ną nogą nie mo­głam ste­ro­wać. Wy­buch też nie wy­rzą­dził po­waż­nych szkód. Po­wgnia­tał tro­chę po­szy­cie, po­ury­wał kilka czę­ści… Nic strasz­ne­go. Daj mi jesz­cze ty­dzień, a bę­dzie jak nowy. Wkrę­tak.

– Co?

– Podaj mi wkrę­tak. Gruba rącz­ka z cien­kim prę­tem.

– Co dalej? Jak już skoń­czy­my go re­pe­ro­wać? – Wy­grze­bu­ję ze skrzyn­ki coś, co na pierw­szy rzut oka przy­po­mi­na opi­sy­wa­ny przed­miot.

– Chyba chcia­łeś po­wie­dzieć, kiedy ja skoń­czę go re­pe­ro­wać?

– Co wtedy? Pod­fru­nie­my do ste­row­ca i bę­dzie­my do niego strze­lać z łuku?

– Po­szy­cie jest za grube. Wasza broń go nie uszko­dzi. Mam inny plan. – Es­te­ra wy­czoł­gu­je się spod ma­szy­ny. Jej twarz, dło­nie i ubra­nie są po­kry­te czymś, co wy­glą­da jak sadza. – La­ta­cze są ste­ro­wa­ne drogą ra­dio­wą…

– Po­ru­sza nimi magia – prze­ry­wam jej w pół słowa.

– To nie jest magia. Zresz­tą, nie­waż­ne. Ten tutaj mu­sia­łam spe­cjal­nie prze­ro­bić, żeby móc kie­ro­wać nim ręcz­nie, ale od­bior­nik i me­cha­nizm ste­ro­wa­nia wciąż są na miej­scu.

– Czyli… Sta­tek po­wietrz­ny wciąż może nim kie­ro­wać?

– Jeśli na to po­zwo­lę, tak.

– I w jaki spo­sób to ma nam niby pomóc?

– Za­ła­du­je­my go ogniem al­che­micz­nym, który zbie­ra­li­ście z wra­ków, żeby za­si­lać swoje lampy. Kiedy ste­ro­wiec przy­le­ci i wyśle la­ta­cze, nasz wmie­sza się mię­dzy nie i wróci na okręt, a wtedy…

– Wy­buch­nie… My­ślisz, że to bę­dzie takie pro­ste? Mu­si­my jesz­cze zwa­bić tu ste­ro­wiec.

– To też przemyślałam.

– Mam nadzieję, że tak jest. Rozejrzyj się i popatrz na miny pilnujących cię zwiadowców. Stoją tu mimo chłodu, pośród ruin swoich domów. Wielu z nich świerzbią palce, żeby naszpikować cię strzałami.

Estera pokiwała tylko i wróciła do pracy. Coś się w niej zmieniło odkąd zaczęła dłubać w tej kupie złomu. Nie widzę już strachu w jej oczach. Wydają się… puste. Nie wiem jeszcze, czy to dobry znak.

Ty­dzień póź­niej la­tacz jest gotów, jak mó­wi­ła. Może nie wy­glą­da tak, jak przed roz­bi­ciem, ale przy­naj­mniej może wznieść się w po­wie­trze.

Ogień roz­pa­li­li­śmy o świ­cie. Nie wiem, co gnom­ka do­da­ła do ogni­ste­go płynu, ale słup czar­ne­go dymu wzbi­ja się aż pod nie­bio­sa. Kiedy uży­wa­li­śmy go do za­si­la­nia lamp, w ogóle się nie kop­cił.

– Naj­więk­sze ogni­sko, jakie kie­dy­kol­wiek wi­dzia­łem – Waf­nir prze­ry­wa ciszę, która za­le­ga­ła od ja­kie­goś czasu.

– Je­że­li har­dat­czy­cy nie zo­ba­czą tego dymu, to nie wiem, co in­ne­go mo­gło­by ich tu przy­cią­gnąć. Nasi są go­to­wi?

– Jak tylko ste­ro­wiec się zjawi i zniży pułap, roz­bie­gną się do tu­ne­li. Nie za wcze­śnie, żeby ci z góry mogli nas do­strzec.

– Tym razem wyślą Po­piel­ni­ki. Są sku­tecz­niejsze od bomb po­śród tych ruin.

– Co z gnomką? – Wafnir spogląda na mnie wymownie.

– Pilnuje latacza, a ja będę pilnował jej.

– Wiesz, co masz robić, Arjuk?

– Jeśli coś pójdzie nie tak, nie odejdzie stąd żywa – odpieram bez wahania.

Da­le­ko na pół­no­cy od­zy­wa się grom.

– Wy­glą­da na to, że już tu lecą. – Od­wra­cam się do Waf­ni­ra i ści­skam przy­ja­cie­la, wie­dząc, że wię­cej mo­że­my się nie zo­ba­czyć. – Uwa­żaj na sie­bie.

– Ty też, Arjuk. Nad­la­tu­ją! Na po­zy­cje!

Nie mamy na sobie sza­rych płasz­czy, jakie zwy­kle nosi się na po­wierzch­ni. Nie tym razem. Czuję się nie­swo­jo w ko­lo­ro­wym stro­ju, ale dzię­ki temu bę­dzie­my le­piej wi­docz­ni.

Ko­lej­ny grom, tym razem znacz­nie bli­żej.

Ste­ro­wiec roz­ry­wa jedną z chmur. Jego ciem­ny kształt wy­da­je się prze­su­wać po­wo­li po nie­bie, ale to tylko złu­dze­nie. Tak na­praw­dę pędzi w naszą stro­nę z za­wrot­ną szyb­ko­ścią.

– Cze­kaj­cie na mój sy­gnał! – krzy­czę do roz­pro­szo­nych mię­dzy ru­ina­mi ludzi.

Od po­tęż­ne­go ciel­ska okrę­tu od­ry­wa­ją się nagle mniej­sze kształ­ty. Spły­wa­ją po ciem­nym nie­bie, jak li­ście opa­da­ją­ce z drzew. Do­pie­ro po chwi­li można roz­po­znać cha­rak­te­ry­stycz­ne ka­dłu­by Po­piel­ni­ków. Z każdą se­kun­dą przy­bli­ża­ją się do nas i ich syl­wet­ki stają się coraz wy­raź­niej­sze.

– Teraz! – krzy­czę, kiedy są już na tyle bli­sko, że sły­szę kle­ko­czą­ce dźwię­ki. Nasi lu­dzie roz­bie­ga­ją się, pędzą do ukry­tych wejść. Ćwi­czy­li­śmy to wiele razy, ale i tak na­stę­pu­je chaos. Nie bie­gnę za resz­tą. Ru­szam w stro­nę kasz­te­lu, gdzie po­win­na cze­kać gnom­ka z la­ta­czem.

 – Es­te­ro! Wy­puść go! Wy­puść teraz!

Pierw­sze po­piel­ni­ki są już nad zie­mią. Ich dmu­cha­wy plują ogniem i choć je­stem da­le­ko, czuję żar na ple­cach. Sły­chać krzy­ki.

– Es­te­ro! – Wy­bie­gam zza kupy gru­zów, która kie­dyś była ścia­ną zamku. Widzę, jak gnom­ka wsia­da do la­ta­cza i zaj­mu­je miej­sce na swoim sta­rym sie­dzi­sku. – Es­te­ro! Co ty wy­pra­wiasz?

– Prze­pra­szam! Nie ma in­ne­go spo­so­bu! – To ostat­nie słowa, jakie od niej sły­szę, nim ma­szy­na wzbi­ja się do lotu.

Tuż obok mnie wy­bu­cha ścia­na ognia. Od­ska­ku­ję, ale moje plecy zdą­ży­ły się zająć. Zrzu­cam pło­ną­cy płaszcz i cho­wam się pod wy­sta­ją­cy­mi z gru­zów bel­ka­mi. Wszę­dzie wokół sza­le­je pożar. Nie sły­szę już krzy­ków. Lu­dzie albo ucie­kli, albo zgi­nę­li. Pa­trzę, jak la­tacz Es­te­ry wzno­si się coraz wyżej, aż w końcu jest tylko ma­leń­kim punk­tem na nie­bie, który zaraz znika w brzu­chu po­two­ra.

Nagle ośle­pia mnie blask, a niebo staje w pło­mie­niach. Z ogrom­ne­go kłębu ognia wy­ła­nia się dziób ste­row­ca. Ode­rwał się od resz­ty stat­ku i sunie ku ziemi. Za nim lecą ogar­nię­te po­żo­gą szcząt­ki okrę­tu. Po­piel­ni­ki za­czy­na­ją spa­dać i jeden po dru­gim roz­trza­sku­ją się o twar­dy grunt.

Uno­szą­cy się nad ru­ina­mi dym gry­zie mnie w oczy i dopiero po chwi­li czuję, że po moich po­licz­kach spły­wa­ją łzy.